wtorek, 5 maja 2009

za bardzo

Po dniu głazowatości, kiedy nie nadawałam się kompletnie do niczego, spełniło się marzenie chodzenia po drzewach. Ba! Nawet lepiej! Kolorowa wata cukrowa, bańki mydlane, leżenie na trawie, zdjęcia. Bez Przyjaciółek byłabym nikim.


Bo kiedy w coś się angażuję, robię to całą sobą i wtedy jest mało rzeczy niemożliwych dla mnie. Nienawidzę się za to, że właściwie nie mam stanów pośrednich i tak mało potrzeba mi do szczęścia. Moje naiwność i nadzieja nie znają granic. Po prostu kretyńsko wierzę, że jednak każdy człowiek jest dobry (mimo że nie lubię ludzi, drażnią mnie), że nie ma powodów, żeby mnie oszukiwać. Ta chora chęć pomocy wszystkim za wszelką cenę nawet wbrew ich woli, na siłę, dla ich dobra.
I nie, nie będę już sobie obiecywać, po raz kolejny, że tym razem utrzymam stan "boskości" - znieczulicy, zimna, stonowania, wyrafinowania, oschłej uprzejmości i nie przeżywania za bardzo - nie, nie obiecam sobie tego, bo to nie ma sensu, te eksperymenty najzwyczajniej w świecie nie wychodzą. Nienawidzę się za to, że nie potrafię się zmienić.
Proszę się nie łudzić, nie jestem taka dobra i kochana. Jestem egoistyczną altruistką empatką. Nie ma ludzi bezinteresownych. Dobro również zawsze wynika z egoizmu, udowodniłam to już wielu osobom. Sad but true. I nie ma czego się wstydzić. "Nie myśl, że to jest takie bezinteresowne. Kocham cię, bo chcę i potrzebuję być kochany" usłyszałam kiedyś od Kogoś, Kogo szumnie nazywam (a raczej myślę ) Miłością Mojego Życia. Tak, kiedy czegoś potrzebujemy, jesteśmy w stanie dużo zrobić, gorzej kiedy przestajemy tego chcieć... On przestał potrzebować. Nieważne. "Ludzie się po prostu rozstają". To prawda.
Ale to nic dostanę po raz kolejny po moim, ponoć zgrabnym, tyłku. Poboli. Przestanie. "... Music is the healer No matter who you are No matter who you are...". Ale jak zwykle "trochę" nerwów mnie zje. Chyba już jestem od tego uzależniona - od silnych nastrojów i przeżywania. Zbytnie otwarcie na ludzi i szczerość to olbrzymie, paskudne skutki uboczne.

Mike Oldfield - Tubular bells. Wciąż i wciąż. Uwielbiam. Bo jak już się do czegoś przyczepię, to koniec. Męczę dopóki mi się nie znudzi. Odnosi się to też do ludzi.


Jutro w końcu jadę zobaczyć to cholerne studio i zapoznać się ze światłami. Odechciewa mi się tego wszystkiego. Jeszcze czeka mnie gonitwa za strojami, po dodatki. Tak łatwo zabić pasję.

1 komentarz:

  1. Jak czytam, to co piszesz o swoich skrajnościach to tak jakbym czytała o sobie, o tej potrzebie przeżywania i... o tym braku wiary w uczucia wyższe, w to wszystko i te misie, pysie.

    OdpowiedzUsuń